Ola Petrus: Często widzi mnie tylko pierwszy, maksymalnie drugi rząd

0

Ola Petrus – 122 centymetrowa stand-uperka udzieliła wywiadu dla Gazeta.pl, w którym wyznaje, że zaczęła robić stand-up, żeby pokazać, że takie osoby jak ona nie są wybrykami natury. Poniżej znajdziecie fragmenty wywiadu.

Zdarza się, że w miejscach, w których występuję, scena jest za wysoka. Nieraz wdrapywałam się na nią całą sobą, czterema literami byłam zwrócona do publiczności i przepraszałam, że inaczej nie dam rady.

Mówisz, że nie jesteś roszczeniowa, ale czasem musisz być, na przykład podczas swoich występów stand-upowych, kiedy okazuje się, że połowa publiczności cię nie zobaczy…

– Często, zwłaszcza w małych pubach, w których występuję, zdarza się, że nie ma czegoś takiego jak scena. I nagle okazuje się, że stoję na podłodze i widzi mnie tylko pierwszy, maksymalnie drugi rząd. Innym razem scena jest, ale za wysoka. Lubię te mankamenty techniczne ogrywać żartem – nieraz wdrapywałam się całą sobą na scenę, czterema literami zwrócona do publiczności, i przepraszałam, że inaczej nie dam rady.

Każdy artysta stand-upowy przygotowuje dla organizatora tzw. rider, w którym informuje, jakiej scena powinna być wielkości, jakiego rodzaju mikrofon jest potrzebny itd. Ja muszę zaznaczać, że potrzebuję podwyższenia w razie braku sceny lub jeśli jest ona bardzo niska. Albo schodków, którymi na wysoką scenę będę w stanie jakoś wejść.

W grudniu pewna firma zaprosiła mnie na występ w moim rodzinnym Szczecinie. Trochę mi się nie chciało tam jechać przed świętami, ale jak zobaczyłam, co produkują, to zmieniłam zdanie. Okazało się, że konstruują platformy i drabiny. Uznałam, że to fenomenalne i zgodzę się na występ dla samej opowieści. Potem pomyślałam, że poproszę ich, żeby zbudowali mi moją własną platformę. Byli tak mili, że podarowali mi ją na święta.

Ola Petrus

Wiem, że masz dość opowiadania o swoim schorzeniu. Jednocześnie jako stand-uperka często żartujesz na swój temat. Kiedy kończy się twój dystans do siebie? Mówi się, że pod maską komika kryją się smutki, często depresja.

– Kiedy słyszę słowo na „k”, zwłaszcza wypowiadane przez ludzi, którzy mnie znają. Dostaję też szału, kiedy ktoś, kto wie, że nie jem mięsa, żartuje: „może kotlecika?”. Ten sam żart wypowiedziany po raz 20. naprawdę przestaje śmieszyć. I wtedy słyszę komentarze, że jestem hipokrytką, bo jednego dnia się z siebie śmieję, a drugiego jestem śmiertelnie poważna.

Pamiętasz swój pierwszy żart?

Wyszłam na scenę i powiedziałam, że nie pracuję dla Świętego Mikołaja.

Miewasz kryzysy, gorsze występy?

Każdemu komikowi zdarzają się tzw. bomby. Przyczyny mogą być różne – ja mogę mieć gorszy dzień, nie mieć charyzmy, źle ułożyć kolejność żartów, publika może nie być zainteresowana daną tematyką. Ale ze stand-upem jest jak z jazdą konną. Upadek jest bolesny, ale gdy się już zdarzy, trzeba jak najszybciej wystąpić ponownie. W przeciwnym razie strach weźmie górę i już nigdy nie odważysz się wrócić na scenę.

Całość wywiadu na Gazeta.pl

Jak oceniasz ten artykuł?
0
0
0
0

Skomentuj